Figunia początkiStraż Miejska przywiozła niewielką, wystraszoną śmiertelnie psinę do lecznicy Bernardyn w Nysie w stanie wyczerpania, ze starym złamaniem łapy tuż pod kolanem. Zwinięta w najdrobniejszy możliwy kłębuszek wyglądała jedynie jak zbiór kruchych kosteczek zamkniętych w cienkiej skórce.

Złamanie musiało być spowodowane przez człowieka - ktoś jej porządnie przyłożył albo wpadła pod samochód! Musiała bardzo długo cierpieć niewyobrażalny ból - zaczęły już zanikać mięśnie, więc nie opierała się na tej łapce co najmniej od kilku miesięcy!

Umierała ze strachu! Bała się tak bardzo, że wtulona w kraty klatki, jakby nacisk jej wątłego ciałka miał te kraty rozsadzić, gryzła każdą rękę i każdy przedmiot, który znalazł się w zasięgu jej ząbków. Jadła i piła wyłącznie w nocy, gdy w klinice już długo było ciemno i cicho. Do każdego zabiegu, do każdego badania trzeba było podać w zastrzyku przez kraty klatki, leki które częściowo ją usypiały. Inaczej ze strachu szalała tak, że była zdolna połamać sobie resztę kosteczek chudego ciałka. Lekarza zoperowali łapkę, która już mniej bolała.

Wyniesiona na zewnątrz, by zaczerpnęła powietrza i popatrzyła na świat, niemal natychmiast przegryzała każdą linkę, każdą obrożę, byle uciec i skryć się w najbliższym ciemnym kącie.

Pod dobrą opieką rany się szybko goiły i trzeba było zwolnić miejsce dla bardziej potrzebujących zwierzynek. Ale co tu zrobić?! Dla tak poranionego psychicznie psa, przekazanie do schroniska byłoby wyrokiem, włącznie ze śmiercią.

Na szczęście "pod ręką" była zaprzyjaźniona Fundacja. Jeden telefon i dziewczynka znów pojechała w nieznane. Znów duszący do tego stopnia strach, że zabrudziła klatkę i siebie, a na koniec broniła się wszelkimi siłami, byle z klatki jej nie wyjęto!

Tym razem nieznane okazało się dużym ogrodem, w którym były inne pieski. Przyszły się przywitać, ale gdy zobaczyły, jak bardzo mała się ich boi, tuląc się do ziemi, tak jakby miała w nią wniknąć, dały jej spokój i zajęły się swoimi sprawami.

Mogła więc poszukać drogi ucieczki od tego straszliwego nieznanego i wkrótce ją znalazła. Miała szczęście. Od razu trafiła na najsłabszą część ogrodzenia i szybko, napędzana panicznym lękiem, wydrapała sobie dziurkę, przez którą wreszcie mogła uciec z tego potwornego miejsca i poszukać zacisznego, ciemnego kątka.

Tymczasem w Fundacji zapanowała rozpacz: pies w trakcie rehabilitacji, kulejący, ledwo nieco odkarmiony, bojący się dosłownie wszystkiego, a już skazany na poniewierkę i niełaskę ludzką! emotka rozpacz

Długie poszukiwania, kontynuowane także w nocy, chodzenie od domu do domu, nawoływanie i wypatrywanie bezimiennej suni po polach, łąkach i lasach... zaglądanie pod każdą belkę, pod każdy pieniek, w każdą kępkę krzaków, stare maszyny w gospodarstwach... I nic! Jak kamień w wodę!Figunia wreszcie bezpieczna

Po wszystkich okolicznych miejscowościach - sklepach, tablicach ogłoszeń, parafiach nawet, rozwiezione ogłoszenia... I wreszcie jest! Sąsiedzi wypatrzyli ją... na pobliskiej, niezamieszkanej posesji.

Obława, okropny strach po obu stronach: suni, że zostanie złapana i znów ktoś zrobi jej krzywdę, ludzi, że nie zdołają jej złapać i wtedy grozi jej mnóstwo niebezpieczeństw!

Bała się tak bardzo, że strach ją sparaliżował. Tym razem była to bodaj najlepsza rzecz, jaka mogła się jej przytrafić... ale ona o tym nie wiedziała. Bała się, była tak przerażona, że łzy leciały z jej pięknych, orzechowych, sarnich oczek. Nawet nie próbowała gryźć. Po prostu zapadła się w sobie.

Otoczyły ją ciepłe, silne ramiona i zaniosły do zaciemnionego, cichego kątka, gdzie mogła poleżeć w cieple spokojnie i odetchnąć, a nawet się przespać. Po kilku godzinach odważyła się podnieść główkę.

Wokół panowała cisza. W pobliżu stała miseczka z jedzeniem i z wodą, ale chociaż była bardzo głodna i spragniona nie miała odwagi się do niej zbliżyć. Z zewnątrz dochodziły popiskiwania i poszczekiwania bawiących się psów. Ale ona nadal się bała ruszyć.

I wtedy pojawiła się znów ta pani, którą widziała, gdy tylko tu przyjechała. Przemówiła do niej. Nie rozumiała słów. Czuła tylko, że to słowa spokoju. Często powtarzał się też dźwięk "Figa". Pani położyła obok niej rękę.

Chwilę potrwało zanim sunia zdołała się przemóc, by ją powąchać. Pachniała wieloma psami i chyba kotami, i dobrym jedzeniem. I nie próbowała jej skrzywdzić - złapać, ani nawet dotykać.

I tak trwały bez ruchu obie przez dłuższy czas. Potem pani sobie poszła. I znów sunia mogła odetchnąć, choć już teraz często widziała tę dziwną, spokojną panią.

Patrzyła ze swojego kącika jak przychodzą do tej pani różne psy, cieszą się i zapraszają ją do zabawy. A ona daje im dobre rzeczy i głaszcze, a one się z tego bardzo cieszą.

I jej serduszko zatęskniło do tego, aż zapiszczała... I wtedy ta pani do niej przyszła. Znów wyciągnęła rękę, ale tym razem trzymała w niej super dobry kawałek mięsa. I znów słyszała wielokrotnie ten dziwny dźwięk: Figa.

Nie, nie miała odwagi sięgnąć po mięso, choć była tak głodna, że burczało jej głośno w brzuchu. Pani włożyła więc mięso do miski i razem z psami odeszła.

Ale sunia bała się, że to pułapka, że gdy tylko zbliży się do miski ktoś ją złapie i zrobi jej znów krzywdę.

Wieczorem przyszły znów do niej psy. Były przyjazne i uśmiechnięte. Zobaczyła, że nie musi się ich bać. Bardzo się z tego ucieszyła. Wcześniej już miała psich znajomych i nie bała się ich tak, jak ludzi, choć i oni bywali niemili.

Play
Slider

Gdy w domu na dobre już zapadła ciemność i cisza, odważyła się wreszcie zjeść i napić. Ale spała potem bardzo czujnie, każdy dźwięk powodował nowy lęk, nowy strach, że zło wróciło...

I tak przetrwała kilka dni.

Psy przychodziły do niej, zapraszały do zabawy, ale ona nadal się bała, choć nie widziała w pobliżu żadnego człowieka. Jej szósty zmysł mówił jej, że jest obserwowana.

W końcu jednak, w miarę upływu dni przekonała się, że wokół panuje spokój, nikt nie krzyczy, nie bije psów, a one były bardzo szczęśliwe.

I ona też tak chciała! Chciała być taka szczęśliwa, jak one. Z początku w nocy wychodziła ze swojego kątka, aż pewnego dnia odważyła się i razem z psami wyszła do ogrodu.

Słońce ją poraziło i nie widziała, że w ogrodzie jest... człowiek!

Ratunku! Uciekać! Nie dać się skrzywdzić! To nic, że to ta sama pani, której psy ufały! To człowiek, więc potwór! Uciekać!!! 

Droga ucieczki jednak okazała się odcięta... ktoś załatał ogrodzenie tam, gdzie poprzednio uciekła. I wtedy usłyszała znów znany jej już dźwięk: Figa... Figa... Nie zdążyła już wykopać sobie drogi ucieczki... obróciła się, by widzieć z której strony padnie cios...

To wołała pani. Zbliżyła się do niej, ale nie podeszła na szczęście zbyt blisko.

Powtarzała to dziwne słowo: Figa... Figa...

Znów pani wyciągnęła rękę w jej stronę i spokojnie ją położyła. Nic nie robiła, nie próbowała jej złapać, ani nawet dotykać. Po prostu tak trwały.

Podeszły też psy. Wąchały ją i odprężająco sapały. Jedna dziewczynka ją polizała uspokajająco. Poczuła, że może zaufać tej dziwnej pani, ale strach nadal robił swoje.

Wtedy ta pani odeszła, psy pobiegły za nią, a ona została sama...

Nie chciała więcej być sama, chciała być jak te psy, szczęśliwa, zadowolona, uśmiechnięta...

I wtedy pobiegła za nimi... A one przyjęły ją jak swoją, choć trochę ją strofowały, gdy usiłowała je wyprzedzać. Nie zawsze też umiała z nimi rozmawiać i zdarzało się, że dostawała burę. Szybko jednak znalazła wśród nich swoje miejsce i bardzo się polubiły...

Trudniej było z panią. Sunia zrozumiała, że każdy psiak w tym niedużym stadku miał swoje imię. Ona, jak zauważyła, dostała imię Figa. Pani czasem mówiła też Figunia, albo Rybka.

Play
Slider

Biegła, gdy słyszała swoje imię, ale nadal bardzo bała się podejść do tej pani. Ciągle jeszcze nie mogła jej w pełni zaufać. Bardzo chciała, popiskiwała aż z przejęcia, ale gdy tylko widziała zbliżającą się rękę, strach natychmiast odpychał ją i nie mogła sobie dać z nim rady.

Ludzie tyle razy ją zawiedli i tyle razy boleśnie oszukali, że w żaden sposób nie umiała tego przełamać. Najgorzej poza panią było z jedzeniem. Wszystkie psy jadły z miski, a ona się bała... bała się, bo już kilkakrotnie ludzie ją chwytali, gdy głód zmusił ją do jedzenia. A potem było już tylko bardzo źle, okropnie, boleśnie...

Dlatego jadła tylko wtedy, gdy pani rzucała jej jedzenie i nie podchodziła do niej.

Z czasem, gdy widziała, że innym psom nic nie grozi, zaczęła jeść z miski - tak było wygodniej, bo jedzenie nie uciekało.

Figunia już umie bawić się z psami <3

Aż pewnego dnia pani nadużyła jej zaufania... gdy zbliżyła się na chwilkę do ręki, która zwykle ją drapała za uszkiem - na więcej nie pozwalała, bo bała się złapania - pani nałożyła jej obrożę, choć Figa broniła się zawzięcie.

Uciekła więc, schowała się do kącika i postanowiła nie wychodzić. Znów człowiek ją zawiódł. Znów się potwornie bała...

Obroży szybko się pozbyła i postanowiła więcej pani nie ufać...

Znów długo nie pozwoliła się do siebie zbliżyć, ale w końcu pani znów założyła jej obrożę, ale tej już Figunia nie zdołała przegryźć - była z metalu. Ale dzięki temu Figa przekonała się, że obroża nie jest groźna, że wszystkie psy takie noszą i nic się z tego powodu nie dzieje.

Potem przyszła kolej na szelki, a potem... na smycz. To było straszne! Zobaczyła w rękach pani, której głupia tak zaufała, sznur! Znów wróciły potworne wspomnienia, gdy uwiązana nie mogła uciec od bicia, kopania, od głodu, zimna i wilgoci...

Na szczęście szybko okazało się, że smycz jest niegroźna. Potem, że zapinana jest tylko na chwilę, że nie służy do bicia, nikt też jej nie robi krzywdy, nie uwiązuje, a od czasu do czasu wszystkie pieski chodziły na smyczy.

Potem nauczyła się, że piłka to nie kamień, którym ktoś w nią rzuca, tylko można się nią fajnie bawić, gdy rzucona przez panią lub popychana nosem aFigunia po pół roku wreszcie swobodna w ogrodzielbo łapką toczy się szybko przed jej pyszczkiem, albo kumpel ją zabrał i ucieka z nią po całym, wielkim ogrodzie... Początkowo też bała się piasku, ale szybko zrozumiała jak fajnie kopać w piaskownicy, gdy robi się fontannę z piachu, a wszystkie psy mają uciechę...

Tak samo było, gdy do domku przychodzili obcy... Strasznie, potwornie się bała, ale nikt nie próbował jej dotykać, ani tym bardziej robić krzywdy, więc z czasem przekonała się, że nie wszyscy ludzie są straszni... A potem jeszcze okazało się, że goście dają jej smakołyki i głaszczą, drapią po brzuszku, co lubiła najbardziej... Polubiła więc i ludzi, choć zachowała ostrożność...

Przestała się bać wizyt u lekarza, bo zawsze było tam przyjemnie i nawet, gdy coś zabolało, to dostawała w nagrodę coś fajnego. Łapka też przestała jej dokuczać, a doktorzy okazali się bardzo mili, choć kiedyś przecież się ich bała. A ten duży doktor początkowo jej nie poznał, gdy po kilku miesiącach przyjechała na kontrolę łapki. "Jaka Figa?" - powiedział. "To jest ta sama sunia? Ta co była tu u nas?!" I bardzo, ale to bardzo się dziwił emo :D

Tylko jednego jej brakowało... bardzo potrzebowała wolności... szerokich dróg i przestrzeni, zarośli po których mogła buszować szukając zwierzyny - wszak przecież miała w sobie krew posokowców, czyli urodzonych myśliwych...

Szybko zrozumiała, że część ogrodzeń jest słaba i można się zawsze jakoś przez nie przedrzeć...

Ależ była frajda, gdy mogła zapolować na młodego dziczka, ale jeszcze fajniej było, gdy mogła dopaść wreszcie kurczaki, które drażniły ją za parkanem u sąsiadów...

Pani w prawdzie bardzo się gniewała, ale Figa nie rozumiała dlaczego, bo przecież zawsze wracała ze zdobyczą do domku... Pani mówiła, że tam dalej pociągi jeżdżą i bardzo szybko jeżdżą samochody, a i złych ludzi nie brakuje. Ale ona przecież o tym wiedziała!Figunia w nowym domku :D Jaka głupiutka ta pani, powtarzała, że Figunia może nie zauważyć samochodu, gdy wyjedzie znienacka z dużą prędkością, albo ktoś specjalnie może ją potrącić, albo może ją ktoś otruć... Nadal więc chętnie wybierała się na wycieczki w plener - zawsze się gdzieś udało myknąć, bo pani nie nadążała naprawiać tej części ogrodzenia, którą Figunia lubiła z tego powodu najbardziej emo :P

Aż pewnego dnia przyjechali dziwni państwo. Bardzo chcieli się z nią przywitać. Jakoś czuła, że bije od nich ciepło i dobro. Mieli super smakołyki, przytulali się i głaskali. Pani powiedziała, że Figunia była u niej rok, a państwo bardzo się zdziwili i bardzo się cieszyli, że tu była, bo mogli ją pokochać... Zaufała im, a oni zabrali ją do samochodu i zawieźli do dziwnej piaskownicy... była taka duża, że nieogarniona, a zaraz obok była woda, która bawiła się z nią - podbiegała i uciekała... ależ była zabawa!

W tym domku nie było już innych psów, czasem labrador narzeczonej pana przychodzi w gości. Fajny kumpel z niego. Spotykała inne psy tylko, gdy wychodzili na spacery. Pan powiedział, że ta piaskownica to plaża, woda to morze, a ptaki, które tak trudno było upolować, to mewy... Tam lubi chodzić najbardziej emo :)
Uwielbia bawić się z nowymi przyjaciółmi nad morzem, a potem wracać do domku, w którym czeka na nią miękkie, ciepłe posłanko, smaczne jedzonko i smakołyki, świetne kanapy do spania i przytulanie do kochanego pana.

Figa w nowym domku :DZostała w końcu szczęśliwym psem. Ale na zawsze już zapamięta, że ludziom ufać nie wolno w żadnym razie... do końca życia będzie jej już towarzyszyło to uczucie strachu, które już teraz pojawiało się na szczęście bardzo rzadko i przecież jest przy niej kochany pan, który ją obroni...

I zawsze będzie wspominać, jak fajnie się polowało na kurczaki. W prawdzie pani mówiła, że naprawdę sporo ją te polowania kosztowały, ale kto by się takimi drobiazgami przejmował... emotka :P Przecież dla niej zmienił się cały świat! I to było najważniejsze serduszko <3


 

 
Takich psów jak Figa, jest w Fundacji "MAŁE I DUŻE" obecnie 4. Cierpią na głęboki, lękowy zespół stresu pourazowego. Wszystkie, tak jak Figa mieszkają w domu z założycielką i prezesem Fundacji, która jest psychologiem zwierząt i trenerem psów, ma też swoje psy, które mieszkają z nią i pomagają jej "uzdrawiać". Służy ona pomocą psom najbardziej psychicznie poszkodowanym, takim, o których mówią, jak o Figuni - że są już stracone...  To codzienna, uważna obserwacja, posuwanie się do przodu stopkami, a bywa, że postępy liczy się na milimetry. Nierzadkie są powroty nerwicy, bo byle drobiazg - silniejszy wiatr, niespodziewane trzaśnięcie drzwi, a nawet głośny śmiech - powoduje, że trzeba od początku przepracowywać lęki.
Tu nie ma spektakularnych wydarzeń, tu rany są ukryte, nie można ich pokazać na zdjęciu, nikt nie zobaczy, jak głębokie okaleczenia zadał im człowiek, jak straszliwa trauma stała się ich udziałem! Boją się jeść, spać, oddychać, żyć. Ze strachu bywają agresywne lub brudzą, wymiotują, chorują. Są trudne i skrajnie nieufne. Jej praca z nimi - choć samo patrzenie na nie łamie serce - to cierpliwe i spokojne, "zwyczajne", wymagające głębokiej wiedzy o psiej psychice (nie ludzkiej!) i empatii pokazywanie, że świat nie jest tak zły, jak się tym skrzywdzonym istotom wydaje... I udowadnia jednak, że każdy pies może być szczęśliwy. Wszystkie bowiem, które przeszły przez ten dom są teraz szczęśliwe w swoich nowych domkach, choć praca z nimi zajmuje czasem kilka miesięcy a bywa, że i ponad rok... i każde rozstanie jest trudne... 

Mogłoby być ich więcej, tym bardziej, że jest tak wiele zwierząt potrzebujących fachowej pomocy, ale hamuje nas brak funduszy.

Nasza Fundacja to zaledwie kilku wolontariuszy. Wszyscy więc pracujemy i/lub uczymy się. Działania finansujemy w większości z własnych środków. Wszelkie zgłoszenia traktujemy poważnie: sprawdzamy, interweniujemy, ratujemy, przygarniamy, leczymy, szukamy dobrych domków, które zawsze sprawdzamy przed i po adopcji. 

Zwierzęta pod naszą opieką mogą liczyć tylko na nas i tylko NA WAS, LUDZI WIELKIEGO SERCA, bo nikt inny się dotąd nimi nie zajął i co najwyżej czekałoby je dokonanie żywota smutnego i pełnego strachu, a nierzadko i bólu od ran zadawanych przez inne zwierzęta lub chorób, gdzieś w kącie boksu, w schronisku, gdzie opatrzone etykietką "nieadopcyjny" nigdy nie poznałyby czym jest radość, miłość, zabawa i spokój... 

W ich imieniu prosimy Was o pomoc - liczy się każda wpłata, bo brak 1 złotówki może zadecydować o tym, że chorutek nie dostanie na czas potrzebnego mu leku lub zabraknie specjalistycznej karmy, bez której będzie głodny...

Musimy przebudować ogrodzenie, którego fragment jest w stanie agonalnym i nie zabezpiecza przed ucieczkami, a te mogą być naprawdę niebezpieczne dla psów po takich przejściach. Mamy ponadto bardzo duży teren, który byłby świetnym wybiegiem, ale jego ogrodzenie dawno się już rozpadło.

Bardzo potrzebna jest też adaptacja pomieszczeń (które mamy, ale są wilgotne i zimne - klik) na przytulisko dla psów i kotów: brak nam izolatki dla chorych zwierząt, pomieszczeń na kwarantannę i dla młodych mam oraz szczeniąt i kociąt.

Potrzebujemy więc:
1. Wszelkich materiałów przydatnych do budowy ogrodzeń (nowe lub używane w dobrym stanie), jak: siatka, deski, słupki, panele, drut, naciągi, beton, itp.
2. Wszystkiego, co pozwoli nam wyremontować chylący się miejscami ku upadkowi dach: łaty, krokwie, deski, membrana paroizolacyjna, wełna mineralna, blachodachówka, itd.
3. Wszelkich materiałów, które pomogą nam w remoncie i adaptacji pomieszczeń: kleje, farby, zaprawy, gładzie, płyty g-k, profile do płyt, przewody elektryczne, rurki oraz rury wodociągowe, kanalizacyjne, centralnego ogrzewania, okna, drzwi, piany montażowe, wełna mineralna, styropian, folie paroizolacyjne, siatki, naroża, itd, itp.

Zawsze też potrzebne są pomocne dłonie. emo :) Każdego przywitamy z radością i dla każdego znajdzie się zajęcie :) bo praca, to jedyne czego zawsze mamy w nadmiarze emo :D
Nie brak nam jednak taże uśmiechu i radości z postępów, i szczęścia naszych podopiecznych, czym również chętnie się podzielimy. emo serce <3

Zapraszamy więc i polecamy się łaskawej pamięci:

Numer konta Fundacji:
Bank BGŻ BNP Paribas S.A.: 
75 1600 1462 1839 4100 2000 0001

(adres - tylko do korespondencji): 

Fundacja MAŁE i DUŻE
Szybowice 378
48-200 Prudnik

Pamiętaj też, że możesz każdą darowiznę (pieniężną i w postaci darów) odliczyć od dochodu (niezależnie od 1%!). O tym piszemy tutaj (klik).