To dopiero była drużyna !!!

O tym, jak pojawiły się w moim domu pisałam w artykule o Miluni

MaluszkiPierwszego dnia po przywiezieniu i pokonaniu początkowych problemów, czas do wieczora zleciał szybko, a ja "urobiona po łokcie" padłam w końcu koło trzeciej nad ranem. I nagle słyszę krzyk, jakby kogoś w "dziecięcym" pokoju ze skóry obdzierali! Zrywam się niezbyt przytomna, niemal zabijając się o własne nogi i... okazuje się, że mama chciała podjeść, a któreś z maluchów było zbyt namolne... Oczywiście nic się nie stało, tylko krzyku było dużo więcej niż problemu. Za to gdy mnie zobaczyły, zrobił się ogólny pisk i "napad grupowy" na mnie. Już całkiem obudzona wracam do sypialni. Jest... szósta. Rano. Moja nocka jednak już się skończyła.

Od tego dnia żyłam w rytmie szczeniąt: spać o drugiej, trzeciej nad ranem, bo poza standardowymi, codziennymi zajęciami doszło sprzątanie pokoju co pół godziny, moczenie karmy, sprzątanie rozmazanej karmy po każdym karmieniu 6 razy dziennie, pranie kocyków, na których spały i sikały... a potem pobudka o szóstej. Tym bardziej, że w miarę jak (bardzo szybko) rosły, coraz bardziej domagały się uwagi i potrafiły to robić bardzo głośno. W dodatku Aris, owczarek niemiecki, który jest u mnie w "domowym hotelu", zafascynowany szczeniętami obwołał się ich opiekunem i jak tylko rano zaczynały "kwikać", wchodził mi na głowę piszcząc i lamentując: "Dzieci płaczą! Olaboga! Alarm! Alarm!", boksując mnie przy tym łapami i zrywając ze mnie okrycie. ''Porządki'' u maluchówNie sposób było pospać nawet z kołdrą na głowie. To nic, że mama wystarczająco się nimi opiekowała, żeby nie trzeba było biec na każde piśnięcie. To nic, że były najedzone, wylizane, a piszczały bo się "nudziły" i chciały "na rączki". Wystarczyło, że się obudziły, a ja miałam od razu "budzik" na głowie. :P

Najgorzej było rano. "Porządek" w dziecięcym pokoju był taki, że można było paść "zimnym trupem". Potem już było lżej, ale i tak czaso- i pracochłonne to było zajęcie. Marysia, która mnie czasem zastępowała, gdy musiałam na dłużej wybyć z domu, zapytała mnie kiedyś: "W życiu nie sądziłam, że przy szczeniętach jest tyle pracy! Jak ty dajesz radę połapać to wszystko?" Jak? Sama nie wiem, ale wiem, że nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną :D

I nagle szok! Znajduję jedno ze szczeniąt w ciężkim stanie. Myśląc, że tak mocno zasnęła dotykam sunię i natychmiast orientuję się, że to nie sen!

Pół godziny temu biegała i bawiła się z rodzeństwem! A teraz "leje się przez ręce", słabo reaguje na bodźce, nie utrzymuje główki! Oddycha, co prawda urywanie, ale czysto, więc nic nie utknęło w drogach oddechowych, język i śluzówki bez opuchlizny, ale bardzo blade, więc jest chyba problem z krążeniem, może krwawienie wewnętrzne, ale brzuch miękki, żadnych zmian na skórze... Boże! Ratuj! Nie mam pojęcia jak jej pomóc?! Wiem tylko, że trzeba szybko, bo u szczeniąt, jak u dzieci - wszystko przebiega błyskawicznie! Telefon do lecznicy: doktorze, co robić? Na polecenie mierzę temperaturę. Jest bardzo niska. Podać zastrzyk przeciwalergiczny jeśli mam i przyjechać. Jednak sunia zaczyna oddychać z dużymi przerwami. Nie mam akurat nic, co mogłabym jej podać w zastrzyku. Mimo wspomagania oddechowego mała odchodzi! :'( :'( :'(

Mała MorfinkaReanimuję, krzyczę: wracaj, wróć, nie odchodź, pysiu, pysiaczku zostań z nami! Po 10 minutach wiadomo, że odeszła definitywnie. Rozpacz, łzy, nie wierzę! Dlaczego?! Przecież wszystko robiłam, by było im jak najlepiej, aby były zdrowe i szczęśliwe! Ona była najsłabsza z miotu, dużo zawsze spała, nawet gdy inne jadły lub się bawiły (dlatego dostała "robocze" imię Morfinka), często więc brałam ją do siebie, bo inne dzieci ją biły i miewała problem z dostaniem się do "cyca", i Mila karmiła ją często osobno. Może ujawniła się jakaś wada?! Sprawdzam - pozostałe maluchy w pełni sił, dzięki Bogu.

Siedzę na podłodze z dziewczynką na rękach i ryczę. Mila też chyba rozpacza - trąca nosem, wylizuje, próbuje rozruszać malutką... Patrzy na mnie - "co się stało? zrób coś!". Nie mogę nic zrobić, Miluniu! Obie pochylone nad malutką, każda na swój sposób, próbujemy sobie poradzić ze stratą. Mila odbiega na chwilkę, bo któreś z dzieci piszczy, ale natychmiast wraca i znów próbuje "ożywić" swoje dziecko.

Dzwonię do lecznicy - "Proszę jutro przywieźć maleństwo, zrobimy sekcję, żeby uchronić pozostałe maluchy".
Dziś trzeba zająć się żyjącymi. Całą noc nie śpię, sprawdzam co chwila, czy z dzieciakami wszystko w porządku. Łzy same cisną się co chwila do oczu. Analizuję, co mogło się stać.

W tym dniu przeniosłam maluchy do większego pomieszczenia, bo w tamtym były jeszcze meble i kartony z rzeczami fundacyjnymi, a dzieciaki rosły i było im ciasno. To pomieszczenie, w którym je umieściłam nie było remontowane i niedawno zabezpieczone zostało przeciw grzybom. Mimo dokładnego sprzątania mogło coś zostać z chemii, albo poprzedni właściciele czymś zabezpieczali ściany lub podłogi. Trzeba więc na wszelki wypadek wrócić do poprzedniego pomieszczenia, ale zrobić tam więcej miejsca. Przenoszę z powrotem maluchy - lepiej by było im ciasno, niż ryzykować kolejny zgon.

Dźwigam kartony, ale nie wszystko mogę zrobić sama - w pokoju stoi też ciężka ława i regał. Rano telefon do Marysi, która jest dość dyspozycyjna. Zawożę malutką do lecznicy, a potem po Marysię, cały czas z niepokojem, czy z maluchami wszystko ok. Okazuje się, że wszystkie mają się dobrze, a my opróżniamy pokój. Nie zaryzykuję kolejnych przenosin szczeniąt.

Ze swoich zapasów wybieram też listwy i wkręty - zrobię bramkę w pokoju, tak by stale widzieć co się dzieje w "dziecięcym", a przy okazji by one widziały coś więcej, niż 4 ściany. Z resztą z pewnością przyda się w przyszłości. Mila robi wrażenie, że zrozumiała, iż malutka odeszła. Czy tęskni, czy myśli o niej czasem? Trudno powiedzieć - ma dużo obowiązków, pozostałe dzieci absorbują jej uwagę. Może po prostu przyjęła to naturalnie - śmierć jest częścią życia i nawet jeśli ktoś odchodzi, to ważniejsze jest by zająć się życiem, a nie koncentrować się na "nieobecności".

Sekcja wykazuje "jedynie" obrzęk płuc, ale nie wiadomo na jakim tle. Serce i układ krążenia bez zmian patologicznych. Tak samo układ pokarmowy i moczowy. Nie ma też żadnych objawów choroby układu nerwowego, ani stanów zapalnych, jakichkolwiek wysięków czy krwawych wybroczyn, zakażeń. Nic, tylko ten nieszczęsny obrzęk płuc...
Wyrzucam sobie, że za mało dokładnie sprzątnęłam pokój z chemii przeciwgrzybiczej, że zbyt lekkomyślnie zdecydowałam o przeniesieniu szczeniąt do innego pomieszczenia, że nie mam w domu zestawu przeciwwstrząsowego (kiedyś miałam, ale moje alergie ustąpiły, a lekarze nie chcą przepisywać hydrokortyzonu "na wszelki wypadek"). Mam nauczkę na przyszłość i poczucie winy... :'(  
Wypuszczając dzieciaczki na "wybieg" po domu - nie mogą przecież ciągle siedzieć w zamknięciu - szczególnie więc zwracam uwagę, by usunąć wszystko, co może im "wpaść w ząbki" i zabezpieczyć dokładnie dostęp do każdego zakamarka. Na szczęście nic więcej już się nie stało i wszystkie maluchy pozostały zdrowe. Będę jednak pamiętać do końca życia tę malutką istotkę, która taka bezbronna oddała swoje ostatnie tchnienie na moich rękach i swoją bezsilność...

***

Gdy maluchy zaczęły jeść samodzielnie i nie trzeba było już moczyć karmy i sprzątać po niej, były już tak duże, że nie mogły przebywać tylko w jednym pomieszczeniu. Potrzebowały zmian otoczenia, zabawy, przestrzeni. Wówczas areał do sprzątania się powiększył, a do tego brały w zęby wszystko, co dało się tymi małymi, ostrymi szczypczykami chwycić i poszarpać. Nie dość więc, że mogły się czymś udławić, to jeszcze niszczyły na potęgę. Były jednak przy tym tak słodkie, że nie sposób było się na nie gniewać. serduszko

Mila i maluszki - plakatPo kilku tygodniach przychodzi czas na adopcję. Smutno mi, bo się do nich przyzwyczaiłam, ale zdaję sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia.

Zdjęcia - przy ruchliwości maluchów to niemal wyczyn - plakaty, ogłoszenia, Facebook - akcja zajmowała mi całkiem sporo czasu, ale dzięki Marysi, która pomogła w rozklejaniu plakatów (jest niezastąpiona!), udało się wyadoptować wszystkie, a oprócz tego jeszcze dwójkę dorosłych, co jest trudniejsze niż w przypadku szczeniąt - Milunię (z którą rozstanie kosztowało mnie masę nerwów i emocji) oraz Czarka, pieska, który znalazł się u mnie z powodu wypadku jego Opiekunki.

Teraz jeszcze wizyty poadopcyjne, żeby skontrolować, czy aby na pewno zwierzynki mają się dobrze :)

I nowe doświadczenie, bezcenna wiedza, choć trochę gorzko i smutno na wspomnienie...

Aktualizując przed adopcją szczepienia i książeczkę zdrowia Czarka, powiedziałam doktorowi, że to już "ostatni z tej serii". "Wszystkie zaadoptowane?!" - dziwi się doktor.- "Nooo, jestem pod wrażeniem, pani Kingo!".

Jak na pierwszy raz, to dobrze, że lecznica prowadziła całe stadko weterynaryjnie - były to jednak przecież psy "schroniskowe" - oczywiście nieodpłatnie, zapewniając przy tym karmę dla suni i maluchów z prywatnych zasobów, zdejmując mi z głowy martwienie się o zdobywanie na to środków i zakupy. I dzięki Bogu za pomoc Marysi, która się bardzo zaangażowała i zastąpiła mnie, gdy znalazłam się w szpitalu. Mimo to, sama praca fizyczna, wydatki na środki czystości, wodę, energię elektryczną, smakołyki i zabawki, a na koniec na reklamę to już było niemałe obciążenie, zwłaszcza przy obowiązkach względem pozostałej gromadki. A i to było jeszcze za mało, by maluchy miały zdrowe i szczęśliwe życie. Trzeba było zapewnić im możliwość rozwoju psychicznego, interakcji z innymi, "obcymi" psami i ludźmi, poznawania nowych rzeczy i dźwięków, a także pierwszych zasad posłuszeństwa, co przy takiej gromadce + pozostałych zwierzynkach - razem 12 psów i 2 koty - naprawdę było całkiem sporym wyzwaniem. Ale doświadczenie - bezcenne!

Szkoda jedynie, że na tym czystym, słonecznym niebie pozostała jedna mała, a tak ciemna chmurka z cudnym, malutkim pyszczkiem, że chciało się go tylko kochać...